Dziś przyszła pora na dużą dawkę zdjęć z mojego wyjazdu do Maroko w grudniu 2011. Oprócz zdjęć trochę moich niespójnych zapisek popełnionych podczas wyjazdu wiec wybaczcie mi ich formę. Zapraszam do oglądania, czytania i komentowania 🙂

Day 0 Piątek 02.12.2011
Z lekkim opóźnieniem wyjeżdżamy z Warszawy około godziny 20. Nasz pierwszy cel to Wenecja. Piotrek kieruje pierwszy, zmieniamy się kolo pierwszej w nocy. Początek trochę monotonny i śpiący potem mijamy jakieś większe miasto trochę świateł kilka zakrętów i się trochę ożywiam. Chwilę po 5 rano zmieniam się znów z Piotrkiem a sam kładę się z tyłu spać.

Day 1 Sobota 03.12.2011
Obudziłem się o 8 rano, trzy godzinki lekkiego snu z małymi pobudkami spowodowanymi kolysaniem na nierównych autostradach Austrii na dzis muszą wystarczec. Jedziemy jeszcze chwile i stajemy na stacji juz we Włoszech ok 200 km przed Wenecja zatankować i zrobić sobie sniadanko. Okolo 9:20 ruszamy dale jw kierunku Wenecji, mozliwe ze ze wzgledu na padający od rana deszcz Wenecję sobie odpuścimy i pojedziemy dalej. Niestety w Wenecji pada wiec postanawiamy jechac dale i pozwiedzac Weronę. Stajemy w Weronie troche rozprostować nogi i trochę pozwiedzać miasto w centrum. Robimy sobie godzinny spacerek zwiedzamy centrum zahaczamy o dom w którym mieszkala Julia 🙂 potem robimy małe kółeczko po starówce i wracamy do samochodu. Jedziemy dalej w kierunku Genui. O 14 robimy sobie postój na obiadek i przeorganizowanie rzeczy w samochodzie
Po obiadku (dziś żurek z szyneczką) robimy sobie mały odpoczynek i umilamy go słodkościami.
Dalej kieruje już ja a Piotrek kładzie się z tylu spać. Zmęczenie daje już znać o sobie a przed nami jeszcze kawałek drogi do Maroka. Jedną z moich ulubionych dróg w europie z mnostwem tuneli i wiaduktów do Genuj przejeżdżamy już niestety po zmroku.
Maroko 2011
Dalej kierunek Monaco, do którego kieruje już ja a Piotrek zamienia mnie już na granicy Monaco bo sam lepiej manewruje naszym dużym samochodem po wąskich uliczkach i lepiej nim parkuje.
W Monako spedzamy z dwie godziny spacerujac po mieście i porcie, przepiękne jachty i jeden z ciekawszych to Blade. Idziemy też tunelem ktorym jeździ Formuła 1 podczas wyścigu w Monaco.
Po zwiedzaniu udajemy sie dalej. Niestety francuskie autostrady zmuszają nas do co chwila płacenia małych kwot i to dodatkowo w monetach.
Stajemy na stacji, tankujemy, jemy kolacje i idziemy spać.

Day 2 Niedziela 04.12.2011
Dziś pobudka kolo 8, delikatne śniadanko – płatki z mlekiem , poranna toaleta i jedziemy w dalszą drogę w kierunku naszego celu czyli Maroka. Słoneczko dopisuje nam już od samego rana, jest w miarę ciepło i słonecznie co po ostatnich dwóch dniach jest bardzo mile. Za sobą mamy już 180 przejechanych km.
Chwilę po 11 dojeżdżamy do Pont-du-Gard . Niecałe dwie godzinki zwiedzamy akwedukt i okolice. Piękna pogoda i bardzo fajne widoki sprawiły ze zwiedzanie było przesympatycznym przeżyciem.
Pont du Gard
Po zwiedzaniu pora na obiadek, dziś pyszna polska grochóweczka 😉
Po obiadku przyszła pora na przesiadkę za kierownica, czyli ja za kierownica naszego krążownika szos. Mieliśmy jechać bezpośrednio do Hiszpanii ale ponieważ już przed zmrokiem nie zajechalibyśmy do Barcelony, postanawiamy odwiedzić średniowieczne miasteczko katarów Carcassonne. Droga za kierownica mija mi szybko, piękna słoneczna pogoda i ciepło. Miasteczko średniowieczne zwiedzamy przez ok dwie godzinki, bardzo fajne widoki i klimat średniowiecza z nowoczesnymi akcentami i sklepikami.

Dalej kierujemy się autostradami w kierunku Hiszpanii. Po drodze stajemy na parkingu aby zjeść kolacje i trochę się umyć. Po kolacji jedziemy dalej, w planach nocleg za Barceloną. Trochę kręcimy się po okolicznych drogach próbując ominąć autostrady ale okazuje się ze nie wychodzi to nam najlepiej :))) ostatecznie wracamy na autostradę i kolo północy stajemy na nocleg. Parking był na tyle dziwny ze kibelki były po jednej stronie autostrady i my musieliśmy iść kładką nad autostrada zęby się załatwić czy umyć zęby, dodatkowo standard był poniżej krytyki.

Day 3 Niedziela 05.12.2011
Dziś wstajemy chwilkę po 8, wyspani i wypoczęci oraz gotowi do dalszej drogi ku Maroku.
Przygotowujemy szybkie śniadanko ogarniamy samochód, myjemy ząbki korzystając z pobliskiego kraniku z bieżąca woda i jedziemy dalej. Kolejny postój to Valencia.
Po drodze mijamy gaje oliwne oraz nieskończone kresy plantacji pomarańczy.
Przed Valencią stajemy na zakupy w Carrefour, kupujemy świeże owoce i warzywa oraz pieczywko. Po zakupach mała przekąska i jedziemy do Walencji. Tu chwile szukamy miejsca do zaparkowania w centrum.
Po 30 ponad minutach krążenia udaje nam się zaparkować w pobliżu starówki o 13. Dwa euro dla miejscowego pilnowacza parkingowego i idziemy pozwiedzać Walencje.
Spacerek po całkiem fajnej starówce zajmuje nam ok półtorej godziny. Mamy piękną słoneczną i ciepłą pogodę, jest 23 stopnie na plusie.

Jest 14:30 podjeżdżamy w kierunku portu i stajemy pozwiedzać Ciudad de las Artes y las Ciencias.

Tu spędzamy kolejna godzinę zwiedzając przepiękne budynki i około 16 ruszamy dalej drogą w wzdłuż wybrzeża szukając miejsca fajnego z dojazdem do plaży. W planach kąpiel i obiadek.
Udaje nam się znaleźć całkiem fajne miejsce kawałek za Mareny de Sant Llorenç. Jest godzina 16:30. Na początek wskakuje do morza co by się trochę wykapać i orzeźwić po ciepłym dniu. Karola też decyduje się chwile pomoczyć i potowarzyszyć mi w morzu. Woda co prawda nie jest ciepła ale fajnie się tak trochę pomoczyć i zrelaksować. Po kąpieli pora na obiadek późny, dziś makaron z sosem.

O 18:30 ruszamy w dalsza drogę. Kierunek Granada.
Około 21 zatrzymaliśmy się na postoju na kolacje i przygotowaliśmy się już do snu po kolacji.
Teraz moja kolej kierowania, wyjeżdżamy o 22, w górach Sierra Nevada droga prowadzi na wysokości 1380m npm a potem natykam się na mega mgły 🙂
W drodze zmieniamy nasz kierunek na dziś docelowy na Malagę. Droga jest kreta i częste są podjazdy i zjazdy wiec jest trochę przyjemności z jazdy. Około godziny 2 staje na nocleg, zostało nam ok. 50 km do Malagi.
Kawałek który nie pozwolił mi zasnąć podczas kierowania to Ewa Farna „Nie przegap”.

Day 4 Wtorek 06.12.2011
Dziś po raz kolejny sami budzimy się chwile po 8. Standardowo już śniadanko, dziś jajecznica pyszna i kawka lub herbatka wedle uznania :)) po śniadanku poranna toaleta i w drogę dalsza ku Gibraltarowi. Przed Gibraltarem napotykamy duży korek i postanawiamy zostawić samochód przed granica. Jest godzina 13. Spacerkiem idziemy przez granice między Hiszpanią a Gibraltarem, Piotrek musi się wrócić do samochodu bo zapomniał zabrać dowodu osobistego i nie chcieli go przez granice przepościć.
Na początek spacerkiem przemierzamy Main Street a potem kierujemy się do kolejki która wwozi ludzi na górę skał, okazuje się jednak ze koszt wjazdu w jedna stronę to 10£ wiec stwierdzamy ze przejdziemy się spacerkiem. Wybraliśmy wejście na górę mała ścieżką z której mieliśmy piękne widoki na cieśninę Gibraltarską. Wejście zajęło nam sporo czasu i energii ale dla samych widoków warto było wybrać tą drogę. Po drodze mijamy stanowiska obserwacyjne z działami. Na górze odwiedzamy małpy jedyne wolno żyjące w europie. Małpy są na tyle oswojone że siadają ludziom na rekach oraz na ramionach i ich wiskaja. Piotrkowi i Danielowi też siadają 🙂 trochę oglądamy małpki i w dół schodzimy stromymi schodami, po drodze też spotykamy skupisko małp, dalej uliczkami udajemy się do granicy i do samochodu.

Jest 18:25. Teraz udajemy się do portu w Algeciras skąd mamy zamiar popłynąć do Afryki.
W porcie kierujemy się na prom do Ceuty, Hiszpańskiego miasta po stronie Afryki, udaje nam się zaparkować i zbieramy się do wyjścia po bilety. W międzyczasie podchodzi do nas miejscowy naganiacz agencji sprzedającej bilety która ma siedzibę po drugiej stronie ulicy i prowadzi nas do tej agencji. W agencji dowiadujemy się prom do Ceuty mamy za godzinę i kosztuje 375 € pytam o cenę promu do Tangeru i wychodzi 240€ a ponieważ nam wszystko jedno gdzie popłyniemy wybieramy prom do Tangeru. Szybko bierzemy bilet i lecimy do samochodu by zdarzyć na prom. Na odchodne pytamy pomocnego pana jak najszybciej podjechać do promu i dajemy mu napiwek za fatygę.
Szybko jedziemy na prom troszkę się gubiąc po drodze, dojeżdżamy jeszcze przed czasem na prom, zostawiamy samochód i idziemy na pokład. Podróż promem trwała dość szybko, w międzyczasie wypełniliśmy dokumenty dla marokańskiej policji granicznej i postaliśmy w kolejce po wpis do paszportu. W porcie w Tangerze (dokładniej to port jest oddalony od Tangeru o 45km) po wyjechaniu z promu zaliczyliśmy kontrole paszportowa, potem pokierowani przez jakiegoś celnika udaliśmy się do wyjazdu a jak się przy wyjeździe okazało to powinniśmy się udać do innego wyjazdu by uzyskać wymagane dokumenty i przejść odprawę. Udajemy się wiec do tego miejsca które nikt nie wie gdzie jest ale udaje nam się je znaleźć i w miarę szybko odprawić samochód, oczywiście panowie zapytali czy nie przewozimy broni w naszej wojskowej skrzyni na dachu :)))
Po wyjeździe z portu od razu stała kontrola policji ale jak zobaczyli ze to rejestracja z europy to kazali jechać dalej, kolejna kontrola policji była za jakieś 500 metrów i dwie albo 3 kolejne przed samym Tangerem :))) za Tangerem też widzieliśmy kilka kontroli na wjeździe do miasta.
Trochę szukamy noclegu i kolo północy miejscowego czasu udaje nam się coś znaleźć stajemy na szybka kolacje i idziemy spać o 1:00.

Day 5 Środa 07.12.2011
Dziś pobudka o 7 tuż przed wschodem słońca, standardowo śniadanko i poranna toaleta.
Wcześniej jeszcze w Hiszpanii gdzieś przebiła się nam opona wkrętem, i tak przejeździliśmy dwa dni a dziś po wyjściu okazało się ze powietrze zeszło z opony całkowicie. I tak dziś mieliśmy przednie opony zmieniać na terenowe wiec zabieramy się na za zmianę opon. Zdejmujemy z dachu z Piotrkiem terenowe, lewarujemy samochód , odkręcamy z Karoliną śruby i zmieniamy koła. Specjalnym zestawem naprawczym Piotr naprawia przebitą oponę. Kompresorem pompujemy opony myjemy łapki i jedziemy dalej. Jest godzina 9:30. Jedziemy do Larache (arab. العرائش, fr., hiszp. Larache) wymienić pieniądze jeśli się uda i uzupełnić zapasy wody.
Stajemy blisko głównego placu w mieście, i idziemy na początek poszukać miejsca gdzie by można wymienić walutę. Wchodzimy do banku narodowego, dwóch policjantów z bronią stoją przed wejściem, a tuz po wejściu wita nas pan ochroniarz i bramka do wykrywania metali :)) szybka mocno pobieżna kontrola, mimo piszczącej bramki pan nawet nas nie sprawdził i nie kazał otwierać plecaków ale aparat foto który Karolina miała na szyi kazał zostawić u siebie w depozycie. Przy okienku po rozmowie z przemiłą panią która powiedziała nam po cichu by lepiej wymienić pieniądze na mieście po lepszym kursie udajemy się w poszukiwaniu punktu wymiany. Wymieniamy pieniądze wstępnie po ok 180€ na osobę na miejscowa walutę i idziemy pochodzić trochę po miasteczku. W bocznej uliczce w miejscowej cukierni smakujemy sobie częstowani przez właściciela miejscowych słodkości. Kupujemy sobie co nieco i idziemy dalej do samochodu po drodze wstępując do sklepu spożywczego aby uzupełnić zapasy.

Samochodem zatrzymujemy się na stacji Total tankujemy paliwo za 500dr, uzupełniamy tez nasze baniaki na wodę korzystając z uprzejmości stacji oraz pozbywamy się do kosza naszych śmieci. Jedziemy dalej, wjeżdżamy na autostradę A1 i jedziemy w kierunku stolicy kraju Rabatu (arab. الرباط; [Ar-Ribat]). W drodze zatrzymujemy się przy stacji na mała przekąskę, kanapeczki z serkiem topionym i słodkości które kopiliśmy w cukierni. Po 20 minutowym postoju jedziemy dalej.
W Kenitra (Al-Kunajtira, arab. القنيطرة = Al-Qunayṭirah, fr. Kénitra) zjeżdżamy z autostrady na lokalne drogi, robimy zakupy spożywcze w miejscowym supermarkecie. Ceny supermarketowe są dużo droższe od cen na mieście, ja za małego loda magnum zapłaciłem z Karoliną po przeliczeniu ok 16zł :)) Jedziemy dalej lokalna droga podziwiając piękne lokalne życie i ludzi. Drogą P4031 jedziemy wzdłuż wybrzeża Atlantyku w poszukiwaniu odludnych plaż.
Udaje nam się znaleźć mała plażę geo:34.111649, -6.766017, zostawiamy samochód i udajemy się w dół klifu na plaże. Ja i Karolina kąpiemy się jest rześka woda ale kąpiel jest super. Tak spędzamy na plaży 30 minut i dalej udajemy się do Rabatu.

Około 16 dojeżdżamy do miasta i stajemy samochodem przy murach starej części miasta (Medina). Wchodzimy na teren mediny która całą jest wielkim targowiskiem. Tu chodzimy miedzy straganami, oglądamy jak robią miejscowe przysmaki, słuchamy jak miejscowi sprzedawcy nawołują do zakupu w ich straganie. Dziś w planach mamy jedzenie na mieście wiec rozglądamy się za jakimś jedzonkiem. Wchodzimy do lokalnej knajpki i zamawiamy sobie jedzonko, Ja, Piotr i Karola bierzemy kurczaka z ryżem i frytkami oraz sałatkę oraz miejscowa herbatę z miętą do picia. Daniel jako że jest wegetarianinem bierze z menu frytki i omleta. Ja nieszczęśliwie wylewam cala szklankę herbaty na stół, na pomoc nam przychodzi pan z lokalu z papierowymi sztywnymi niby chusteczkami i ścierą jak od podłogi, przeciera stół i jest pięknie:)
Dalej idziemy przez targ oglądamy więcej miejscowych przysmaków ale pełne brzuszki nie pozwalają nam na zakup. Kupujemy sobie banany, avocado i pomidory. Jest już zmierzch i idziemy sobie zobaczyć jeszcze Kazbę czyli twierdze położoną nad brzegiem rzeki.

W drodze powrotnej tez przechodzimy przez market, kupujemy sobie po rewelacyjnym chrupiącym pączku (w cenie po przeliczeniu 0,30zł) robionym przy nas i idziemy do samochodu. Jest godzina przed 19. Jedziemy teraz drogą na Oued-Zem. Standardowo na wyjeździe z miasta na ulicy stoi patrol z przygotowaną kolczatką wybiórczo kontrolujac samochody, standardowo turystów puszczają bez kontroli. Miejscami droga jest bardzo kręta prowadzi przez przełęcze.
Na nocleg stajemy około 21:20 przed Oued-Zem (geo:33.042423,-6.699725).

Day 6 Czwartek 08.12.2011
Dziś wstajemy tuz przed wschodem chwilkę po siódmej. Poranek wita nas pięknymi kolorami na niebie, czerwienią, pomarańczem i niesamowitym nie do opisania błękitem. Robimy poranna toaletę zimna woda i przygotowujemy sobie śniadanie. Po śniadaniu robimy małą rozpiskę co i kiedy gdzie będziemy. Przed dziewiąta ruszamy w dalsza drogę do wodospadu Szallalat Uzud (arab. شلالات ازود, fr. Cascades d’Ouzoud).
O 10:40 stajemy na 30 minutowy postój (geo:32.184162,-6.805708) rozprostować nogi i coś przekąsić. Po drodze mijamy pojedyncze osady usytuowane na skalistych zboczach i rolników uprawiających małe poletka na zboczach miedzy drzewami oliwek. W wioskach które mijamy i to nie tylko dziś jedno co rzuca się mocno w oczy to śmieci walające się wszędzie ale to dosłownie wszędzie dookoła zabudowań i psy szukające w nich pożywienia.

Do Cascades d’Ouzoud czyli ok. 110 metrowego wodospadu dojeżdżamy ok 11:40. Panowie od razu proponują nam parking za 10dr i od razu chcą nas poprowadzić dalej szlakiem ale rezygnujemy z przewodnika i idziemy sami. Oglądamy wodospad od góry gdzie spada a potem schodzimy na dół by podziwiać wodospad w całej okazałości. Po drodze standardowo sporo straganów z pamiątkami i jedzeniem. Dochodzimy do rzeki i przepływamy na drugą stronę. Tu wspinamy się stromym podejściem na drugą stronę zbocza i idziemy przez piękny gaj oliwny i dochodzimy do Hotel De France a stąd do głównej drogi Ouzoud i idziemy starym mostem z powrotem w kierunku parkingu.


Koło parkingu wchodzimy do miejscowej knajpki serwującej lokalne jedzenie. Lokal prowadzi bardzo sympatyczny chłopak mówiący po arabsku, francusku i angielsku. Zamawiamy sobie Tadzin, i berberyjski omlet. Pan przynosi nam na początek miejscowe płaskie chlebki, herbatę i za chwilę omlet w glinianym naczyniu. Omlet jest zrobiony na sosie z kawałkami warzyw i podawany jeszcze wrzący. Po chwili podaje Tadzin z mięsem też w glinianym naczyniu. Jedzenie jest PYSZNE. Jemy chwilę na około otoczeni przez koty które tylko czekają na jakieś ochłapy. Po prze smakowitym jedzeniu zbieramy się do samochodu. Po drodze pan z sąsiedniego kramu nas zagaduje czy jesteśmy polakami. Pyta po angielsku czy nie mamy śliwowicy lub wódki „na rozgrzanie głowy” a w zamian oferował „czekoladę” (znaczy się narkotyki). Jakoś nie decydujemy się na tą wymianę. Idziemy na parking i jedziemy na Marrakesz (arab. مراكش, fr. Marrakech). O 17:30 wjeżdżamy przez policyjne rogatki do Marrakeszu. Już zmierzcha i w powietrzu unosi się mgiełka, ludzie chodzą środkiem ulicy, samochody mimo ze jest już trochę ciemnawo jeżdżą bez włączonych świateł lub ewentualnie włączają pozycyjne, do tego dochodzi jeszcze masa starych skuterów i rowerów.

Parkujemy w pobliżu placu Jemaa el Fna. Idziemy pozwiedzać miejscowe targowisko i pooglądać sprzedawane na nich produkty. Na bazarze panuje dużo większy ruch i zgiełk. Klimat tworzą krzyczący i zapraszający do kupna sprzedawcy czy pyrkające spalinami miedzy ludźmi skutery. W powietrzu unosi się zapach spalin a mimo tłumu ludzi oraz sprzedawców w alejkach i otoczeniu straganów jest czysto. Idziemy na plac Jemaa el Fna gdzie w większości dominują stragany z sokami i różnorodnym jedzeniem oraz różnej maści artyści. Wypijam sobie z Karoliną świeżo wyciskany sok z klementynek i dalej oglądamy miejscowych grajków i performerów przez chwile. Jak tylko chcieliśmy zrobić zdjęcie od razu nie wiadomo skąd pojawił się pan i zażądał opłaty za robienie zdjęć. Potem idziemy do straganów z jedzeniem. Tu na początek z Piotrkiem próbujemy małych ślimaczków, porcja 12 sztuk i troszkę zupki kosztuje 10dr. Ślimaki wyciąga się ze skorupki wykałaczką a skorupki wrzuca do koszyka. Ślimaki były przepyszne i chyba jeszcze się na nie skusze w innym mieście. Potem wybieramy się dalej na spacer między straganami z jedzeniem razem z Piotrkiem i co kilka metrów podchodzą do nas miejscowi przesympatyczni naganiacze i przemiłymi tekstami po polsku i angielsku zapraszają nas do swoich stoisk z przygotowywanym jedzeniem.
Poniżej kilka tekstów które słyszeliśmy:
117 takes you to heaven
2- yrs warranty (na jedzenie)
Welcome mr. Cojack – to tekst do mnie
Zapraszali też powołując się na Magdę Gesler czy Roberta Makłowicza 🙂
Ostatecznie skusiliśmy się jeszcze na kalmary z frytkami i colą. Całkiem smaczne choć raczej nie w moim guście. Po wszystkim idziemy w kierunku samochodu zaczepia nas przemiły sprzedawca bębenków i chce małe bębenki sprzedać za 350dr, ale to dużo wiec idziemy dalej ale on nie daje za wygraną i rozmawia z nami po angielsku pytając aby podać swoja cenę za bębenki, idziemy dalej najpierw cena spada do 280 potem pan mówi ze Polacy skąpi ze kryzys itp. po czym cen spada wpierw na 250 potem 200, 150 i 120. W międzyczasie myślałem ze za 150 to może pamiątkę bym sobie kupił do domu wiec cena 120 jak najbardziej mnie satysfakcjonuje i biorę bębenki:) idziemy dalej do samochodu i kierujemy się na Essaouira. Około 40 km przed miastem stajemy na nocleg o 23.

Day 7 Piątek 09.12.2011
Dziś pobudka o 7:30. Niestety wczoraj staneliśmy w odsłoniętym miejscu przy trasie wiec przed śniadaniem postanawiamy przejechać kawałek i poszukać bardziej dogodnego miejsc do porannej toalety i na śniadanie. Po kilku kilometrach stajemy w gaju arganowym. Sprawdzamy ciśnienie w oponach i jemy śniadanko. Chwilka pogaduszek przy kawie i zbieramy się dalej w drogę.
O 10 dojeżdżamy do Essaouira (en arabe : الصويرة, transcription : Al-Suwayra). Parkujemy samochód na miejskim parkingu z panem Piotrek targuje cenę z 20 na 10 za parking i idziemy promenadą nad oceanem do portu. W porcie miejscowi rozładowują ryby, sprzątają statki, oglądamy krzątających się ludzi i budowniczych remontujących statki. Dalej idziemy prze bramę wejściową do mediny. Tu spotykamy sprzedawców świeżych rano złowionych ryb i owoców morza. Mają rekina, łopaciaże, mureny.
Zwiedzamy medinę, lokalne stragany i małe klimatyczne uliczki. Piotrek kupuje sobie dwa duże bębenki sporo wytargowując z ceny. Dalej kupujemy sobie 8 miejscowych chlebków a za chwile jemy sobie falafele. Po drodze do samochodu rozmawiamy chwile z muzykiem z Senegalu, robi nam mały pokaz gry na bębenku i chwali że dokonaliśmy dobrego zakupu.

Idziemy do samochodu i drogą wzdłuż oceanu kierujemy się w kierunku Agadiru. Po drodze trafiliśmy na super piękne wybrzeże piaskowcowe wydrążone przez ocean i wpływający ued. (geo:30.761904, -9.829561) Idąc dalej dnem uedu natrafiliśmy na wsypującą się do niego wielką wydmę. Powchodziliśmy sobie na nią z Piotrkiem i pozbiegaliśmy z niej. Dalej napotkaliśmy wyżłobiony przez ued w piaskowcu niesamowity wąski kanion. Spacerujemy kawałek kanionem i wracamy do Daniela i Karoliny. Jest 15, postanawiamy jechać dalej poszukać dostępnej plaży.
Około 15:30 stajemy nad brzegiem oceanu koło angielskich surferów i tu zostajemy na obiadek. Jak się dowiadujemy od anglików są tu wyjątkowe fale znane na całym świecie.
Po godzince postoju i zjedzonym obiadku postanawiamy pojechać dalej w poszukiwaniu cichszych plaż. Znajdujemy piękny postój kilka kilometrów dalej, blisko morza. (geo:30.597794,-9.774574) Stajemy na zjeździe przy samej plaży jeszcze przed zachodem słońca przed 16. Piotr, Karola i Daniel idą pobiegać ja przygotowuje samochód do spania. Przychodzi do mnie francuz podróżujący po Maroku i chwile rozmawiamy, podoba mu się nasz samochód. Opowiada o podroży rowerowej prze afrykę z Bordeaux do Przylądka dobrej nadziej. Dziś mamy więcej czasu, gramy sobie kila partyjek w UNO i w scrabble, popijając białe wino i kapitana Morgana. O 21:30 kładziemy się spać.

Day 8 Sobota 10.12.2011
Dziś ja wstaje o 6 rano, a to dlatego ze wcześniej położyliśmy się spać. Załatwiam swoje potrzeby i w klapeczkach idę pochodzić po brzegu oceanu. Mocze trochę nogi a potem przyzwyczajam ciało do temperatury wody i cały zanurzam się w wodach oceanu. Pływam sobie ok. 15 minut i wychodzę i biegnę do samochodu. Moi współtowarzysze jeszcze śpią, jest 7:30.
Chwilę przed 8 wszyscy wstają. Przygotowujemy śniadanie i kawkę i sobie jemy. Przychodzi do nas nasz dzisiejszy sąsiad, podróżnik i surfer. Chwile rozmawiamy wymieniamy się adresami email i nasz sasiad odjeżdża.
My jeszcze zostajemy z 30 minut i o 9:30 ruszamy w dalsza drogę kierunek Sidi Ifni z planem zatrzymania się na zakupy spożywcze w Agadirze. Zatrzymujemy się w sklepie Mariane w Agadirze na szybkie zakupy i jedziemy dalej po drodze nabierając tylko jeszcze z przydrożnego kranu wodę. O 13 mijamy Tiznit i skręcamy w stronę oceanu i o 14 stajemy nad piękną plażą na obiadek i jakąś kąpiel (geo:29.649650,-9.993076). Jemy obiadek i wybieramy się na plażę.
Tym razem wszyscy się decydują na kąpiel w oceanie. Na plaży spędzamy ok 30- 40 minut i wybieramy się dalej w kierunku łuków skalnych. Po kilku kilometrach o 17:45 dojeżdżamy do łuku skalnego na brzegu oceanu (geo:29.424620,-10.138014) i parkujemy samochód nad samym brzegiem oceanu. Niesamowity widok i niesamowita struktura skal z wystającymi prawie gotowymi do oderwania się i spadnięcia na głowę głazami. Idziemy wieczorną pora po zmroku zobaczyć łuk skalny z poziomu oceanu. Łuk robi naprawdę spore wrażenie.

W samochodzie robimy placki z Coinx (miejscowe warzywo o smaku jabłka które trzeba przed jedzeniem ugotować jak ziemniaki) na kolację.
Siedzimy sobie i gadamy do 21:30 , po czym wszyscy oprócz mnie idą spać a ja oglądam sobie film na iPadzie.

Day 9 Niedziela 11.12.2011
Kolejna ciepła noc w samochodzie minęła. Wstaliśmy o 7:30 a termometr w samochodzie pokazywał 16.8 stopnia. Na początek poranna toaleta i czas zabrać się za nakarmienie brzuszka 🙂 Po śniadaniu wybieramy się na spacerek brzegiem oceanu zobaczyć jeszcze drugi łuk skalny. Super widoki, wschodzące słońce morska bryza tworzą super klimat. Spacerujemy sobie trochę czasu brzegiem oceanu, robimy trochę zdjęć.

Po spacerze jedziemy dalej do Sidi Ifni. Tu stajemy na lokalnym targu. Kupujemy 30 jaj za 28dr i mandarynki po 2dr(58groszy) za kilo. Ja sobie kupuje truskawki po 18 dr. Dalej omyłkowo prowadzę nas stromą i wąska drogą z adrenaliną w górę i okazuje się że źle odczytałem mapę satelitarną i musimy się wrócić, a trochę adrenalina skoczyła od stromego podjazdu i zjazdu. Oj było bardzo wąsko i nierówno a po boku przepaść 🙂

Po kilku kilometrach dojeżdżamy do pięknego wraku statku. Stajemy nad sama plaza przy wraku robimy kilka zdjęć i idziemy się ostatni raz pokapać w oceanie. To nasz ostatni raz nad oceanem w Maroku i najdalej na południe wysunięty punkt naszej trasy.

Chwile przed 14 odjeżdżamy w kierunku Sidi ifni a potem jedziemy do Tafraoute przez Lakhssas i Ighem. Stajemy na chwilę przy drodze i zrywam sobie kilka owoców opuncji. Nie miałem jeszcze wcześniej okazji go jeść. Trzeba uważać przy zbiorze i obieraniu tego owocu bo ma miliony malutkich kujących igiełek. Stajemy na obiad przy super kanionie i po raz kolejny widzimy zwierzątko przypominające wiewiórkę szarą z ogonem coś jak bober włochatym. Po obiedzie jedziemy dalej zatrzymujemy się na malutkiej klimatycznej wiosce kupić czekoladę i chleb. Co się okazuje że można tu kupić czekoladę na cząstki 🙂 dokładniej wyrób czekolado podobny, bo z czekoladą to nie ma wiele wspólnego. Trochę to smutne.

Jedziemy dalej na Tafraoute. Jest już zmrok wiec już dziś nie zobaczymy miasta i okolic, zostawiamy to sobie na jutrzejszy poranek. O 19:30 stajemy na nocleg i kolacje na ok 8km przed Tafraoute (geo:29.681562,-9.024213). Po skromnej kolacji gramy kilka partyjek w UNO i idziemy spać o 22.

Dalsza część wyprawy: http://www.wdrodze.today/maroko-2011-piaski-pustyni/