Część pierwsza wyprawy: http://www.wdrodze.today/maroko-2011-wrota-afryki/

Day 10 Poniedziałek 12.12.2011
Wstaliśmy chwile po 8. Jak się okazało wybraliśmy świetne miejsce na nocleg. Jemy śniadanko. Dziś jajecznica z cebulka i dodatkowo papryka, pomidor oraz fasolka cayenne. O 9:30 ruszamy w dalsza drogę do Tafraoute.
Chwile przed 10 dojeżdżamy do miejscowości i kierujemy się zobaczy kolorowe skały pomalowane w 1984 przez Belga Jan Vearme, (geo:29.676407,-8.980094) i kapelusz Napoleona. W około otaczają nas niesamowite formacje skalne przypominające miejscami klimat Australii czy Meksyku.
Maroko kolorowe skały
O 11 wyruszamy dalej przez góry w kierunku Irherm. Po drodze uzupełniamy w małej miejscowości wodę. Droga wije się miedzy szczytami raz się wspinając a raz opadając i ciągle ostro skręcając to w lewe to w prawo. Mijamy też piękne wioski ze starymi zabudowaniami z kamieni i gliny oraz stare obronne spichlerze usytuowane na szczytach wzniesień.
Chwilę przed 14 zatrzymujemy się w Irherm, robimy sobie spacerek po miasteczku i zatrzymujemy na odpoczynek w miejscowej knajpce Cafe La Jeunesse. Z Piotrkiem zamawiamy sobie grillowanego kurczaka i kozinę z sałatką i herbatką. Odpoczywamy na słoneczku przy knajpce czekając na jedzonko.


Po przekąsce grillowej jedziemy dalej, po drodze mijamy kilka super oaz z bujną roślinnością oraz dużo miejscowych ludzi. Coraz więcej miejscowych mieszkańców to czarnoskórzy którzy zapewne przez lata przybywali na te tereny z środkowej afryki. Ludzie ubierają się bardziej kolorowo w miejscowe ubrania, niż to miało miejsce we wcześniej odwiedzanych regionach Maroka. Wszyscy są przyjaźni, uśmiechają się do nas i machają.

O 16 stajemy na płaskowyżu (geo:29.938151,-8.177971) na obiadek. Po obiadku ruszamy w dalsza drogę, cały czas piękne widoki za oknem. Stajemy na nocleg przed Tissint (geo:29.906706,-7.328497).

Day 11 Wtorek 13.12.2011
Przebudziliśmy się 7:15. Dziś chłodniej, rano termometr pokazywał 6 stopni na dworze. O 8:30 ruszamy dalej. Zwiedzamy pobliski wąwóz utworzony przez ued oraz oazę do których skręca się tuz przed znakiem Tissint (geo:29.912356, -7.331116). W oazie kamieniami strącam sobie daktyle z palmy, nie ma to jak własnoręcznie zerwane daktyle, miód w gębie. Po spacerku ruszamy dalej w drogę.

Dalej na pustkowiu spotykamy pasące się wielbłądy. Robimy im trochę zdjęć, Daniel chce ie nakarmić z bliska. Po chwili przychodzi miejscowy berber trochę zły że mu wielbłądy przegoniliśmy. Macha rękoma. Daniel zostaje my kawałek odjeżdżamy i obserwujemy sytuację. Berber ostro gestykuluje rękoma, Danielowi jakoś udaje się go ułagodzić, my podjeżdżamy bliżej i na przeprosiny dajemy mu butelkę wody i trochę mandarynek. O 10:30 zaraz za znakiem miasteczka Foum Zguid skręcamy w pustynny szlak którym kierujemy sie do Oazy Sacree.
Po drodze mijamy wioski oddalone od drogi asfaltowej 2 godziny drogi szutrem, ludzie są zaciekawieni. Droga nam się trochę dłuży, kamienista pustynia, po drodze mijamy wpierw jednego wędrowca a potem drugiego. Dajemy im kubek wody, banana i mandarynkę oraz jakiś środek przeciwbólowy o który proszą. Ale się tymi lekami odurzają albo je sprzedają….

Widząc w oddali pustynie piaskowa z wydmami postanawiamy skręcić z szlaku i pojechać pomiędzy mniejszymi wydmami. Dojeżdżamy do kolejnego szlaku i jedziemy trochę w bok w pobliże wydm Erg Chigaga. Stajemy (geo:29.942456,-6.327498). Postanawiamy zjeść i po obiedzie wybrać się do wielkiej wydmy oddalonej ok 3 km od nas. Jedni gotują obiadek a ja spuszczam powietrze w oponach żeby można przejechać łatwiej po piasku.
Ruszamy o 15:05 w drogę do największej wydmy w okolicy. Spacerek po wydmach w słoneczku tylko w slipeczkach to sama przyjemność. Dojście do wydmy zajmuje nam ok 30 minut. Spacerujemy sobie po szczycie, zbiegamy piaseczkiem i robimy zdjęcia. Zdobywamy najwyższa wydmę i idziemy w drogę powrotną. Wracamy o 16:30, nie wiadomo skąd pojawia się dwójka tubylców. Chcą napić się wody, dajemy im kubek i jedziemy dalej. Zatrzymujemy się po jakiś 20 minutach na kąpiel pod prysznicem z wody która przez cały dzień grzała się na dachu. O 17:30 tuż po zachodzie słońca ruszamy w dalszą drogę przez kamienną pustynię.

Jedziemy dalej i ok. 19 stajemy na nocleg. (geo:29.867304,-6.016886)
Jemy kolacje i gramy sobie w UNO. O 22 idziemy spać.

Day 12 Środa 14.12.2011
Wstajemy przed siódmą. Na dworze szarówka pustynia szykuje się do nowego dnia tak jak my. Jemy śniadanko dziś omlet. Myjemy się i jedziemy dalej pustynia. Dziś trochę lepsza droga, bardziej piaskowa pustynia bez kamieni na szlaku i prędkość jazdy z wczorajszych 20-30 wzrasta do 40. Mijamy wielkie stado wielbłądów, piękny widok, widzimy jak wielbłądy się ….wiadomo. Jedziemy dalej i otoczenie zmienia się na typową wydmową pustynię. Po chwili jazdy wydmy robią się coraz większe i w pewnym monecie naszym oczom ukazuje się wielka piaszczysta rozjeżdżona wydma której nie da się przejechać (geo:29.835149,-5.791370) Wychodzimy z samochodu i robimy małe rozeznanie terenu. Ustalamy trasę przejazdu i kładziemy gumowe dywaniki na podjeździe na wydmę żeby kola nie buksowały w piasku. Powietrze w naszych terenowych oponach już wcześniej spuściliśmy do 1 bar. Cała trójka wysiada, jedzie tylko Piotr żeby było lżej. Udaje się, dwie wydmy przejechane, kawałek twardszego terenu i znów wysiadamy jedzie sam Piotr. Po drodze minęło nas dwóch motocyklistów, wyglądali na trochę zdziwionych że nas spotkali. Przejeżdżamy kolejne kilka wydm manewrując miedzy kilkoma innymi i znowu napotykamy większa przeszkodę. Wysiadamy, oglądamy teren żeby zadecydować jak jechać dalej i znowu nadjeżdża kolejny motocyklista, stajemy na wydmie machamy mu, kibicujemy i robimy zdjęcia. Za kilka minut jedzie następny znowu mu kibicujemy 🙂 widocznie to jakaś ekipa przygotowuje się do rajdu Dakar. Udaje nam się przejechać kolejna większą wydmę naszym Oplem Movano i manewrując pomiędzy kolejnymi w piasku dojeżdżamy do bardziej płaskiego terenu piaskowo żwirkowatego. Czujemy się dumni że udało nam się przejechać te 4 kilometry wydmowej drogi. Głupio było by utknąć w piasku po przejechanych 120 km po pustynnym bezludziu na niecałe 10 km do wioski i asfaltu.


Dojeżdżamy do Mhamid. Mała wioska usytuowana na końcu drogi asfaltowej. Dalej kierujemy się już asfaltem w kierunku Zagory. Po drodze stajemy przy zabudowaniach za Tamegroute gdzie sprzedają ceramikę. Oglądamy wystawione do sprzedażny talerze, kubki i inne ceramiczne produkty. Pan zaprasza do środka gdzie jest więcej produktów. Oglądamy ceramiki coś wybieramy dla siebie i targujemy się trochę o cenę. Wychodząc pan proponuje byśmy sobie pooglądali jak wygląda produkcja. Na początek pokazuje jak się maluje i kładzie hennę na ceramikę. Proponuje Karolinie zrobienie na dłoni henny, kilka chwil i piękna henna jest już na dłoni. Dalej idziemy na zaplecze produkcji, oglądamy jak robi się glinę, jak pan robi naczynie do tagine, jak się je wypieka itp. Jedziemy dalej w Zagora tankujemy paliwo po 7.47dr. Za Zagorą po prawej roztaczają się piękne widoki na dolinę Dra, całą porośniętą palmami. Co chwila mijamy malownicze miasteczka z kazbami. Przed Tansikht stajemy na obiadek.

O 16:20 ruszamy w dalszą drogę, kierunek Quarzazate. Po drodze skręcamy do wioski Tamnougalt. W niej podobno kręcono Wierzę Bable z Bratem Pitem i Pasję Mela Gibsona. Przed wioską na wzgórzu stoi bardzo fajna opuszczona kazba (geo:30.677007,-6.396650), wejść do niej można parkując pod wzgórzem i wspinając się na nie a potem wchodząc przez dziury w murze.

Po zwiedzaniu kazby o 18 jedziemy dalej w kierunku Quarzazate. Po przejechaniu dość męczącej górskiej drogi która wiła się, wspinała i spadała przez ponad ostatnie 15 km o 19 wjeżdżamy do miasta Quarzazate. Parkujemy i idziemy pospacerować po mieście. Po godzinnym spacerku jedziemy kilka kilometrów za miasto i stajemy na nocleg o 20:20. (geo:30.977320,-7.065116)

Day 13 Czwartek 15.12.2011
Dziś przebudzamy się w przepięknej scenerii o 7. Jak wstawaliśmy było już ciemno i nie widzieliśmy otoczenia i to co ujrzeliśmy rano nas bardzo miło zaskoczyło. Jedyny minus pięknych górskich widoków to temperatura na zewnątrz 3.5 stopnia.

O 8:15 ruszamy dalej zobaczyć malownicze miasteczko Aït-ben-Haddou gdzie kręcono Gladiatora i Prince of Persia. Po drodze stajemy w miejscu z widokiem na całą wioskę. Podchodzi do nas przemiły pan z zielonym wężem i proponuje zdjęcie z wężem. Pan jest tak sympatyczny ze nie jesteśmy w stanie odmówić. Kto chce robi sobie zdjęcie z wężem, chwilę rozmawiamy z panem i jedziemy dalej.

O dziewiątej parkujemy w wiosce i idziemy spacerkiem do starej części wioski osadzonej na zboczu wzniesienia. Wioska w cześć jest normalnie zamieszkana i jak w każdym miejscu turystycznym jest tu mnóstwo sklepików. Podglądamy trochę życie miejscowych ludzi, spacerujemy wąskimi uliczkami miedzy domkami z gliny i kamieni. Zaglądamy tez do straganów, oglądamy miejscowe i sprowadzane z głębi czarnej afryki rzeczy na sprzedaż. Kupujemy sobie różne pamiątki. Ja kupuje synkowi wisiorek z kła połączonego z fajnym metalowym orłem. Wspinamy się na sam szczyt miasta i oglądamy piękne widoki na poniżej położone miasto i zaśnieżone szczyty. Wracamy na dół troszkę inną drogą.

Spacerek po wiosce zajął nam dwie godzinki po czym udajemy się do Quarzazate. Tu mały spacer po mieście i wpadamy na szejka mleczno-owocowego i pyszne ciacho do miejscowej cukierenki. Po 12:30 kierujemy się trasą N10 do Gorges du Dadès. Po drodze mijamy po lewej stronie piękne zaśnieżone szczyty Atlasu sięgające nawet ponad 4 km nad ziemię.
Chwilę po 14 dojeżdżamy do Gorges du Dadès i kierujemy się w górę kanionu. Dojeżdżamy do wioski Boumardoul N’imazighn. Postanawiamy nie jechać dalej. Cieszymy oczy ładnymi widokami za oknem. Dużym minusem jest to ze nie można zejść na dno kanionu gdzie płynie rzeczka a dodatkowo jest tu wioska za wioską.
W drodze powrotnej stajemy na obiad z widokiem na kanion. Po 17 ruszamy dalej w kierunku miasteczka Boumalne Dades.

Tu Daniel idzie skorzystać z internetu a my idziemy połazić po mieście. Korzystając z okazji my idziemy na zakupy spożywcze a potem Piotr idzie do miejscowego fryzjera i golibrody gdzie jesteśmy chyba trochę małą atrakcją. Szczególnie chyba kobieta czyli Karolina 🙂

Gdy Daniel kończy korzystać z internetu to wybieramy się do miejscowego pana robiącego kanapki z różnymi dodatkami. Straganik przy ulicy, nakładane składniki rączkami, pan wyglądający jak jakiś żul, ale jedzenie pyszne. Co prawda tak kiepsko gadał po francusku że okazało się że po wszystkim musieliśmy zapłacić więcej niż wcześniej ustalaliśmy. Po kolacji na mieście chwilę przed 20 ruszamy poszukać noclegu, który znajdujemy kilka kilometrów za wioską. Dziś na chłodny wieczór rozgrywki w mocno zmodyfikowane UNO i drinki z gorzką żołądkową. Idziemy spać po 23.

Day 14 Piątek 16.12.2011
Dziś po ładnie przespanej nocy wstajemy o 7. Na dworze 1.4 stopnia na plusie, i piękne kolorowe niebo i w oddali zaśnieżone szczyty Atlasu. Jemy śniadanko, robimy poranna toaletę i przed 9 ruszamy dalej w kierunku Tinerhir. Tuż za miastem skręcamy do wąwozu Todra. O 9:30 dojeżdżamy do wąwozu. Droga prowadzi samym dołem wąwozu, bardzo fajne widoki. Dojeżdżamy do końca wąwozu i zawracamy z powrotem do jego najwyższej i najwęższej części. Jest godzina 10. Parkujemy samochód i idziemy pochodzić trochę po górach. Wspinamy się po górach przez jakąś godzinkę podziwiając widoki i wdychając świeże powietrze. Po drodze spotykamy miejscowych Berberów schodzących z osłami i mułami na dół. Odpoczywamy ok 5 minut i wracamy spokojnie w dół. Po zejściu idziemy jeszcze przejść się dołem wąwozu by podziwiać jego wielkość. Dla relaksu postanawiamy wejść do górskiego strumienia i pomoczyć sobie nóżki. Po 20 minutowym relaksie wracamy do samochodu i jedziemy w kierunku Merzouga. Po drodze (geo:31.572511,-4.791694) chwilę po 14 stajemy na odpoczynek. Relaksujemy się odpoczywamy i opalamy się na słoneczku przy muzyce z radia. Na koniec bierzemy wszyscy po kolej prysznic i o 16 ruszamy dalej w kierunku Merzougi.


Po 17 dojeżdżamy do Erfoud. Miasto całe w kurzu unoszącego się z ulicy pyłu, ludzie chodzą i jeżdżą rowerami, motorami i samochodami chaotycznie po ulicy, jakiś gość z samochodu obok wychodzi na światłach i pyta czy nie chcemy kupić jakiś skamieniałości. Parkujemy samochód i idziemy poszukać jakiegoś miejsca gdzie można by coś zjeść bo dziś obiadu sobie sami nie robiliśmy. Robimy rundkę po okolicy i już po cenach widzimy że mocno tu z turystów zdzierają. Siadamy w jednym z wielu lokalików i zamawiamy sobie omlety i ja z Piotrkiem po zupce marokańskiej i sałatce. Jako ze nie czujemy się najedzeni to domawiamy sobie po jeszcze jednym omlecie. Tak sobie miło spędziliśmy dwie godzinki. Najedzeni pojechaliśmy za miasto na nocleg przed Merzougą. Słodka chwila, drinki i gra w nasze zmodyfikowane jeszcze bardziej UNO. Po 22 idziemy spać.

Day 15 Sobota 17.12.2011
Dziś słoneczko budzi nas po 7. Śniadanko, poranna toaleta i trochę ćwiczeń. O 8:45 ruszamy w kierunku wydm które widzimy na horyzoncie. 9:10 dojeżdżamy do wydm Erg Chebbi (geo:31.213078,-4.023048) Zabieramy potrzebne rzeczy, jakąś przekąskę oraz wodę i idziemy zdobywać wydmy. Tak na oko planuję że droga zajmie nam około 3 godziny.
Obieramy drogę na najwyższy szczyt i spacerujemy po piasku ciesząc się piękną słoneczną pogodą i pięknym połączeniem kolorów, czerwonawego piasku wydm i błękitu nieba. Z trudem podchodzimy pod większe wydmy po czym z lekkością piórka zbiegamy po wydmach. Przy jednym z dłuższych i szybszych biegów z wydm kiedy ścigałem się z Piotrkiem w momencie kiedy go już wyprzedzałem przy wielkim kroku noga wbiła mi się za mocno w piasek i razem z aparatem i plecakiem na ramieniu zrobiłem fikołka w przód uderzając biodrem mocno o piach. Na szczęście skończyło się małym zadrapaniem i obiciem. Dalej już spokojniej powoli dochodzimy do najwyższych szczytów. O 10:50 wspinamy się na najwyższy szczyt w naszej okolicy. Tu dajemy sobie 10 minut odpoczynku i odnajdując wzrokiem w oddali nasz niebieski samochód obieramy na niego kierunek. Schodząc ze szczytu oznaczyłem śladami kierunek w którym powinniśmy iść do samochodu, co przydało nam się w drodze powrotnej gdy na dole idąc widzieliśmy w około wydmy. Mogliśmy się odwrócić i patrząc na moje ślady na najwyższej wydmie upewnić się czy idziemy w dobrym kierunku. O 12 po prawie trzech godzinach spaceru po wydmach docieramy z powrotem do samochodu.

Chwilka odpoczynku i jedziemy szlakiem przez pustynię do asfaltowej drogi, a tu obieramy kierunek na Errachidia. Chwilkę po 14 stajemy na obiadek. Po obiadku prysznic i w drogę jedziemy dalej o 16. Kwadrans przed siedemnastą dojeżdżamy do Source bleue de Mesk. Tu poznajemy przesympatycznych czarnoskórych „przewodników”, którzy pokazują nam źródła czystej wody wypływające ze skał. Po oprowadzeniu po źródłach (cena 5dr za osobę) i oazie zapraszają nas na herbatkę która jest w cenie. Pokazują nam swoje niby „skarby” które chętnie wymienią np. na piwo czy wódkę bądź sprzedadzą. Tak sobie z Piotrkiem myślimy że możemy się ew. wymienić za wódeczkę której mamy w samochodzie kilka butelek. Wybieramy sobie z Piotrem po ręcznie robionym przez Tuaregów dywaniku i targujemy się o cenę. Po spędzonych ciekawie i wesoło 90 minutach opuszczamy naszych afrykańskich braci i jedziemy szukać noclegu.

Na nocleg stajemy troszkę za miastem Errachidia o 19:15 (geo:32.022749,-4.458720)

Day 16 Niedziela 18.12.2011
Dzisiejszego poranka Maroko powitało nas spektakularnym wschodem słońca. Piękne kolory nieba oraz tekstura i kolory chmur powalały na kolana. To już kolejny tak piękny wschód słońca podczas naszej wyprawy i każdy kolejny jest jeszcze bardziej spektakularny.
Po wschodzie słońca delektujemy się śniadankiem przy fajnej muzyce z Radio 2M. Ze stacji które słuchaliśmy w Maroko polecam radio Atlantic i na południowej części wybrzeża atlantyckiego polecam radio Lanzarote. Chwilę przed 9 ruszamy w drogę. Obieramy kierunek drogi na Gorges du Ziz. Oglądamy wąwóz i zatrzymujemy się w miejscowości Hammat Moulay Ali Cherif przy geotermalnych źródłach (geo:32.182702,-4.366159). Tu akurat dobrze trafiliśmy na porę kąpieli dla mężczyzn, szybko wiec się rozbieramy i wskakujemy do gorącej geotermalnej kałuży. Trochę się pochlapaliśmy i pora wychodzić bo teraz kolej kobiet na kąpiel, czyli i Karolina może wreszcie sprawdzić te lecznicze źródła.

O 11:30 stajemy na mały 30 minutowy postój. Przed 13 dojeżdżamy do przełęczy Col du Zad 2178 m, gdzie leży świeżutki śnieg (geo:33.013813,-5.072478) Stajemy na chwilę by zrobić sobie śnieżne zdjęcie z Maroka. Przed wjazdem na przełęcz zaczął padać deszcz i tak pada i pada. Przed 14 stajemy w cedrowym lesie (geo:33.415362,-5.179098) na obiadek, a deszcz nadal pada. Spokojnie jemy obiadek, pijemy herbatkę i zbieramy się po 15 do dalszej drogi a za oknem ciągle pada. Przed 16 przejeżdżamy przez miasteczko Ifrane, które wyglądem bardziej przypomina miasteczka europejskie a szczególnie szwajcarskie z blokami i domkami niżeli gliniane czy brzydkie pustakowe nie otynkowane miasteczka marokańskie. Niestety ciągle pada i duża mgła zniechęcają nas ze zwiedzania tego miasteczka. Kierujemy się dalej na Fez. Po drodze w Imouzzer Kandar zatrzymujemy się aby kupić sobie jakieś miejscowe słodkości. Kupujemy sobie po trzy różne słodkie placki z nadzieniem do wyboru, my bierzemy miodowe, czekoladowe i fromage.

Deszcz kropi cały czas aż prawie do samego Fez’u. Gdy dojeżdżamy do Fez’u już powoli się zmierzcha, ale na szczęście przestał padać deszcz. Parkujemy samochód na parkingu (20dr) i idziemy na starówkę poszwendać się, popróbować miejscowych słodkości i soków oraz może coś kupić. Ponieważ dziś cały prawie dzień padało więc odpuściliśmy sobie spacer po Ifrane i po lesie cedrowym i zamiast jutro po południu już dziś byliśmy w Fez’ie co spowodowało że już jutro po południu będziemy chcieli promem dostać się do Europy. Po przesympatycznym spacerku po mieście postanawiamy jeszcze pojechać trochę tak do godziny 21:30 i zmęczeni kładziemy się spać. (geo:34.602121,-5.546395)

Day 17 Poniedziałek 19.12.2011
Dzień jak co dzień zaczynamy chwilę po 7. Poranna toaleta i bierzemy się za ostatnie śniadanko w afryce, a po śniadanku pora zmienić nasze terenowe opony na normalne. Punkt dziewiąta ruszamy w kierunku Tetouan. Dziś pogoda nam trochę się poprawiła, poprzez małe chmurki przebija się słoneczko i trochę ociepla nam podróż, choć mimo to na zewnątrz jest tylko 17 stopni. O 12 docieramy do Tetouan’u. Tu planujemy troszkę poszwendać się po starym mieście i wydać nasze ostatnie diramy. Spacerek po starówce i sukach należy do średnio przyjemnych. Chyba strajkują śmieciarze w mieście bo góry śmieci leżą i śmierdzą na każdym rogu. Kupujemy sobie trochę owoców i warzyw do jedzenia oraz na prywatne potrzeby orzechy i daktyle.



Po 16 zbieramy się w drogę na prom. O 17:30 dojeżdżamy do portu Tanger. Przed portem zatankowaliśmy do pełna tańszej Marokańskiej ropy wiec na całą Hiszpanię powinno nam starczyć. W porcie rejestrujemy nasz bilet open i szybko udajemy się do miejscowego policjanta z wypełnionymi kartami wyjazdowymi, po czym udajemy się do odprawy celnej. Po szybkim skanowaniu samochodu udajemy się na prom i o 19:10 odbijamy od nabrzeża. Chwilę przed 21 czyli już 22 czasu Hiszpańskiego jesteśmy w porcie Algeciras. Szybka odprawa i jedziemy przed siebie po woli w kierunku Warszawy, a po drodze w planach jeszcze trochę zwiedzania jak czas pozwoli.
O 23 stajemy na nocleg.

Day 18 Wtorek 20.12.2011
Pobudka ze słońcem o 8 rano. Śniadanko i jedziemy w drogę kierunek Murcia. Po drodze stajemy w Alcampo (Auchan) żeby zrobić zakupy spożywcze do jedzenia oraz jakieś winko i słodycze dla przyjemności. W sklepie pełno ludzi w szale zakupów przedświątecznych. Po zakupach jedziemy dalej… i jedziemy…. i jedziemy… W Murcii chcemy wpaść na basen i może coś pozwiedzać, ale okazuje się że basen zamknięty i stwierdzamy że w takim razie to jedziemy dalej.

Day 19 Środa 21.12.2011
Dziś śpimy trochę dłużej bo do 8:30. Robimy poranną toaletę i jemy śniadanko.
Jedziemy z godzinkę i zatrzymujemy się na fajnej plaży żeby trochę odpocząć i się powygrzewać (geo:41.043643,1.003494). Słoneczny spacerek po plaży, trochę opalania i ostatnia kąpiel w morzu. Po ok dwóch godzinach jedziemy kawałek dalej do Taragony. Dojeżdżamy chwilkę po 14, parkujemy samochód i idziemy na spacer. Zwiedzamy stare miasto, wąskie uliczki i piękne stare budynki a potem kierujemy się na nowszą część miasta. Po drodze kupuję sobie Churros, ciasto coś ala na racuchy lekko słonawe wyciskane w kształcie długich paluchów prosto na głęboki olej na koniec posypane cukrem. W drodze powrotnej zahaczamy o stary towarowy port przerobiony na nowy port dla jachtów z ładnie zachowanymi starymi dźwigami portowymi i pięknym nowym deptakiem. Tak sobie spacerkiem zleciało nam prawie 3 godzinki. Pora ruszać dalej w drogę. Do domu jeszcze mamy ponad dwa tysiące km i niecałe trzy dni na ich przejechanie.
O 22 przed Narbone stajemy na nocleg.

Day 20 Czwartek 22.12.2011
Budzimy się ok 8:20, standardowo powolna toaleta i śniadanko. Po śniadanku idziemy zwiedzić pobliski ufortyfikowany zamek Fort de Salses który leży dosłownie dwie minutki drogi od parkingu przy autostradzie. Bardzo ładnie zachowany i warty zobaczenia. Po spacerku i zwiedzaniu wracamy na parking i zabieramy się za zmianę kół bo coś nam jedno tylne wali powyżej stu na godzinę. Po zamianie jedziemy dalej w kierunku najwyższego na świecie wiaduktu i miasteczka Milau. Wyjeżdżamy o 11:30 a według naszej automapy mamy do przejechania 201 km. O 13:45 docieramy pod wiadukt. Zwiedzamy miejscowe centrum informacyjne wiaduktu znajdujące sie pod wiaduktem a potem stajemy kawałek dalej na bocznej dróżce. Jemy obiadek a po obiadku spacerkiem idziemy zobaczyć wiadukt od dołu. Wiadukt robi z bliska ogromne wrażenie i człowiek uświadamia sobie jego ogrom.

Po 16 ruszamy w dalszą drogę przejeżdżając miasteczko Millau i wracając na autostradę A75. Dziś czeka nas jeszcze sporo kilometrów do przejechania. Po drodze mijamy pięknie podświetlony kratownicowy Viaduc de Garabit zbudowany przez Eiffel’a. Po 20stajemy na chwilę odpoczynku i kolacje i gorącą kawkę z mleczkiem. Chwilę po 21 ruszamy dalej. Do 23 kieruję ja i stajemy na parkingu.

Day 21 Piątek 23.12.2011
Powoli wstajemy po ósmej. Pogoda średnio zachęcająca do wstawania, niecałe dziesięć stopni na dworze i pochmurno. Dziś czeka nas przejechanie 1160 km do Berlina. Bierzemy się za poranną toaletę i jakieś śniadanko. Po 9 ruszamy w drogę. Chwilę po dwunastej stajemy na mały postój i zmieniam się z Piotrkiem za kierownicą. Jadę do godziny 14:20 i stajemy na obiad. Ja próbuję miejscowych kanapek w McDonalds. Korzystając z okazji korzystamy z miejscowych McDonaldowych toalet. Kwadrans po piętnastej ruszamy dalej w kierunku Berlina. Po 20 stajemy na kolację. Po około godzinnym postoju jedziemy dalej. I tak w drodze do 22:30. Pora na nocleg.

Day 22 Sobota 24.12.2011
Wstajemy wyspani chwilkę po 8. Dziś czeka nas długa droga do domu, do przejechania ponad 800 km. Jemy śniadanko i ruszamy w drogę. Dziś cały dzień jazdy. Karolinę wysadzamy w Berlinie na lotnisku gdzie czeka na nią chłopak a Daniela w Gorzowie Wlkp. u rodzinki. Tuż przed Gorzowem po raz kolejny złapaliśmy gumę i w niesprzyjających warunkach musimy zmienić koło. Po odstawieniu Daniela my sami jedziemy w kierunku Warszawy do domów. Ja docieram do domu o 19:30